sobota, 18 sierpnia 2018

Liebmann (2016)

Jules Herrmann stawia sprawę jasno już od pierwszych scen "Liebmanna" - fabuła została podporządkowana formie, a całość ma być przede wszystkim dziełem artystycznym, a dopiero potem historią mężczyzny, który uciekł z Niemiec do Francji przed bolesną przeszłością. I ja to kupiłem. Dlatego też jestem trochę rozczarowany, że narracja nie jest bardziej postrzępiona, a przede wszystkim nie podoba mi się czyściutki finał opowieści.



Za to kupiłem zabawy reżyserki formą. Choć czasami są one dość łopatologiczne. Zmiana koloru obrazów w zależności od stanu emocjonalnego bohatera wydaje się nie do końca uzasadnionym powtórzeniem. Z kolei bardzo przypadły mi do gustu krótkie przypowieści, jak ta o pieczeniu ciasta czy też bardzo ładna wizualnie inscenizacja a la dramat Ibsena. Podobało mi się to z estetycznego punktu widzenia, ale też jako narzędzie reżyserskiej ekspresji mające pokazać egzystencjalny chaos, w jakim znajduje się bohater. Sam w sobie bardzo spodobał mi się też pomysł prezentacji traumy. Jednak to, co nastąpiło potem, pochodzi z zupełnie innego porządku filmowego. Z normalnego obrazu opowiadającego zwyczajną historię. W kinie artystycznym takie chodzenie na skróty jest czymś, co przyjmuję z niesmakiem.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza