wtorek, 13 marca 2018

Happy End (2017)

Wszystkie dzieci są psychopatami. Tylko część z nich z tego wyrasta, na swoje nieszczęście. Psychopatia u Hanekego to pojęcie dość obszerne. Zawiera w sobie całą ludzką psychikę odartą z moralności i społecznych konwenansów. To natura, która w filmach Hanekego ma więcej wspólnego z Thanatosem niż Erosem. To entropia ujawniająca się w skłonności do niszczenia innych, a także samego siebie. To brak miłość, co nie jest tożsame z brakiem potrzeby obcowania z drugą osobą. To świat sztucznie indukowanego szczęścia, bo w formie naturalnej jest ono niedostępne.



Haneke w najnowszym filmie znów robi użytek ze swoich ulubionych obsesji. Tym razem jednak wychodzi mu to gorzej niż zazwyczaj. Portret rodziny Laurentów nie ma sobie drapieżności emocjonalnej, brutalnej szczerości i mrożącej krew w żyłach przenikliwości. To cocktail party, na którym ważne tematy i intrygująco niejednoznaczni bohaterowie grzecznie upakowano w schludne kostiumy. Jest bezpiecznie, cywilizowanie, niezobowiązująco. Biorąc pod uwagę ciężar jego wcześniejszych obrazów ("Biała wstążka", "Ukryte", "Pianistka"), można wręcz uznać "Happy End" za próbę nakręcenia przez Hanekego kina lekkiego, komediowego. Być może właśnie do tej próby odnosi się sam tytuł filmu?

Nowe dzieło Hanekego nie do końca mnie przekonało do siebie również tym, że jest obrazem ostentacyjnie osadzonym w konkretnym kontekście historycznym. Choć przecież klucz, z którego korzysta jest mało oryginalny i nie stanowi - przynajmniej dla mnie - wystarczającego uzasadnienia tego, dlaczego reżyser zrezygnował z uniwersalności. "Happy End" traci wiele, jeśli ktoś nie zrozumie, dlaczego akcja filmu zgrywa się w Calais. Scen z nielegalnymi imigrantami, którzy stali się symbolem tego miasta, jest w filmie niewiele. Ale duch obozów pełnych zdesperowanych ludzi unosi się nad dziełem Hanekego, zakrzywiając perspektywę.

Skorzystanie z klucza interpretacyjnego, jakim jest Calais, prowadzi jednak do rozczarowania. Ujawnia bowiem, że "Happy End" jest banalną alegorią zbudowanej na bazie popularnej w naszym kręgu kulturowym symboliki Cesarstwa Rzymskiego w jego schyłkowej fazie. Laurentowie są jak Rzymianie: dekadenccy, zdeprawowani, zafiksowani na swoich problemikach, ślepi na fakt, że barbarzyńcy są już u bram. Haneke powiela tę symbolikę, nie próbując wyciągnąć z niej nic więcej. Co w jego przypadku sprawia, że z kina wyszedłem z poczuciem niedosytu.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz