wtorek, 13 lutego 2018

Winchester (2018)

Bracia Spierig mają chyba wrodzony brak umiejętności rozpoznawania, co jest ciekawego w scenariuszu. Wszystkie ich filmy są robione na jedno kopyto, ignorując kompletnie to, co oferuje historia. Jest to o tyle zdumiewające, że przecież są współscenarzystami większości swoich filmów (z wyjątkiem "Piły: Dziedzictwa").



"Winchester" ma świetny punkt wyjścia. Wystarczyło jedynie pójść w stronę horroru psychologicznego a la "Babadook", żeby powstało arcydzieło gatunku. Poczucie winy, żałoba i zjawiska nadprzyrodzone to składniki idealnego koktajlu grozy. Należało się skupić na bohaterach i stopniowo zanurzać ich w świecie, w którym zacierają się granice między tym, co jest projekcją ich zaburzonych psychik, a tym, co naprawdę dziwnego dzieje się w ich otoczeniu.  Zamiast jump scare'ów należało oferować niejednoznaczność, insynuować, ale nigdy nie dawać odpowiedzi. Nawet finał należało zrobić tak, by można było całość interpretować na różne sposoby (czy to naprawdę była manifestacja zła czy tylko słynne trzęsienie ziemi?).

Bohaterowie byli tak skonstruowani, jakby wszyscy wiedzieli, że w stronę psychologicznej opowieści skierowana zostanie cała opowieść: mamy być może szaloną z żałoby wdowę, mamy lekarza-morfinistę, którego zabija poczucie winy z powodu samobójczej śmierci żony, wreszcie jest matka z synem, którzy muszą zmagać się z traumą śmierci męża/ojca. Nad tym wszystkim zaś unosi się gęsty smog ofiar broni produkowanych przez Winchestera. Jednak Spierigowie od samego początku ignorują kryjący się w postaciach potencjał i zamiast tego serwują tanią podróbkę "Obecności". Tandetne efekciarstwo, idiotyczne sceny, które nie do końca się ze sobą łączą w całość, zero klimatu - reżyserzy popełniają w zasadzie wszystkie grzechy, jakie tylko były możliwe w tych okolicznościach. Bardzo żal mi było Helen Mirren i Jasona Clarke'a, bo nie zasłużyli na udział w takim badziewiu.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz