wtorek, 23 maja 2017

Alien: Covenant (2017)

Spełniły się moje najgorsze przewidywania. Po słabym "Prometeuszu" Scott nie poszedł po rozum do głowy i kontynuował niszczenie tego, co sam zapoczątkował. Trzy dekady temu pomógł fantastyce trafić na salony, teraz zaś sprowadza "Obcego" do poziomu bzdury ze stajni Asylum. Co być może nie dałoby aż tak złego efektu, gdyby przy okazji nie traktował siebie i swojego dzieła aż tak poważnie. "Przymierze" jest tak nieznośnie nabzdyczone, że nawet ładne zdjęcia nie były w stanie uśmierzyć mojej irytacji.



Film jest tak zły, że nie wiem, od czego mam zacząć wyliczanie grzechów. Niech będzie więc, że zacznę od scenariusza. Choć oficjalnie za tekst odpowiadało aż czterech scenarzystów, to film sprawia wrażenie, jakby napisany został przez jednokomórkowy organizm pozbawiony nie tylko wyobraźni ale nawet podstaw zdrowego rozsądku. Wszystko jest tu nieprawdopodobne i niewiarygodnie głupie. Nie sposób uwierzyć, że statek kolonialny mógłby sobie po prostu od tak zmienić trasę i wybrać się na niezbadaną planetę ryzykują życie 2 tysięcy kolonistów (gdyby to był statek badawczo-eksploracyjny, łatwiej przyszłoby mi przełknąć ten pomysł). Jeszcze trudniej jest uwierzyć w to, że po wylądowaniu wyjdą sobie beztrosko na powierzchnię planety bez jakiejkolwiek ochrony przed mikrobami i innymi substancjami szkodliwymi (chyba że w tej przyszłości ludzkość jest już odporna na wszelkie znane i nieznane zagrożenia biologiczne, chemiczne i fizyczne, co może warto byłoby jednak jakoś w filmie zaznaczyć - scena z wybudzaniem po hibernacji jednak jasno daje do zrozumienia, że ludzkie ciała wciąż nie są odporne).

Później jest już tylko gorzej. Chętnie zobaczyłbym, jak wygląda Ziemia z tego filmu. Ludzka cywilizacja musiał zostać sprowadzona do poziomu człowieka epoki kamienia łupanego, skoro załogę misji kolonizacyjnej stanowią sami laureaci nagród Darwina. Nawet w "Rekinado" bohaterowie wykazują się większym instynktem przetrwania i zaradnością. Głupota i kompletna bezbronność postaci być może nie rzucałaby się aż tak w oczy, gdyby choć jeden bohater wykazał się jakimiś pozytywnymi cechami. W teorii kimś takim ma być grana przez Waterston Daniels. W rzeczywistości staje na wysokości zadania dopiero w finale. W ten sposób "Obcy: Przymierze" cierpi dokładnie na ten sam problem, co chociażby "Fantastyczna Czwórka" – 90% filmu to przygotowanie pod finał.

Nie do zniesienia było też nadęcie całego filmu. Już wszelkie rozważania na temat stwórcy i jego dzieła trudno było wytrzymać. Ale Ridley Scott musiał pójść dalej i dodać do tego Wagnera, Byrona i Shelleya. Całość jest tak monumentalna a jednocześnie toporna, że jakkolwiek bym na to nie patrzył, nie widzę żadnego usprawiedliwienia dla takiej formy filmu.

Ridley Scott nie ma też za grosz finezji. Sposób w jaki podprowadza do "wielkich twistów" fabularnych jest tak prostacki, że na kilometr można odczytać jego intencje. Reżyser też najwyraźniej nie rozumie, czym jest prequel, czyli historią rozgrywającą się przed już opowiedzianymi wydarzeniami. Patrząc na "Przymierze" trudno w to uwierzyć, bo w filmie jest: 1) cała masa lepszej technologii od tej, jaką znaleźć można było na Nostromo 2) każda z form Obcego wydaje się lepiej przystosowana do przetrwania od tych z "Obcego 2", są zwinniejsze i trudniejsze do ukatrupienia 3) nawet androidy wydają się być tu bardziej zaawansowane.

Brak fabuły, brak ciekawych bohaterów, brak nieszablonowego worldbuildingu. Jednym słowem żenada.

Ocena: 1

2 komentarze:

  1. Normalnie aż przecierałem oczy ze zdumienia, gdy pierwszy raz zobaczyłem twoją ocenę dla tego filmu, pomimo tego że zaliczam się do grona zwolenników Prometeusza. Czy naprawdę mam drzeć ze strachu przed Przymierzem, nawet będąc wielkim fanem serii Obcy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie jestem fanem Prometeusza (dałem mu 3), więc nie mam pojęcia, czy Tobie się Przymierze spodoba. Pewnie mniej niż Prometeusz.

      Usuń