sobota, 4 marca 2017

Logan (2017)

Zaczyna się doskonale. Pierwsza scena "Logana" wyraźnie odcina film od reszty uniwersum PG-13. Jest krwawo, brutalnie i ponuro. W tej pierwszej scenie zawarte zostały wszystkie atuty filmu, które później z powodzeniem utrzymywały moje zainteresowanie.



Po pierwsze film jest naprawdę brutalny. Tym razem, kiedy Wolverine robi użytek ze swoich szponów, to krew i mózg pryskają na wszystkie strony. Ale  James Mangold nie skupił się wyłącznie na stronie graficznej scen przemocy. Są one też świetnie zaaranżowane i zaprezentowane. Szczególnie do gustu przypadła mi sekwencja z pierwszą walką X-23. Ma ona świetne tempo i doskonały podkład muzyczny, który buduje odpowiedni klimat.

Po drugie podoba mi się ponurość świata przedstawionego. Przypomina mi on postapokaliptyczną wizję modną na przełomie lat 70./80., kiedy to futurystycznych elementów praktycznie nie było widać, a przyszłość czuje się w kościach, w rozczarowaniu, zniechęceniu, braku ideałów i marzeń. "Logan" jest gorzką przypowieścią o bohaterach, którzy poświęcili walce o lepsze jutro wszystko. Jednak to lepsze jutro nigdy nie nadeszło.

Naturalnym przedłużeniem świata przedstawionego jest relacja Logan-Charles. I Hugh Jackman i Patrick Stewart stworzyli mocne kreacje, o jakich normalnie w ekranizacjach komiksów nie ma nawet co marzyć. Ale robi to wrażenie wyłącznie w scenach, kiedy grają wspólnie - są dwiema stronami tego samego medalu.

Niestety problemy zaczynają się, kiedy Mangold próbuje dorzucić do tego fabułę. Dopóki ma ona dość nieokreślony kształt i bazuje głównie na charyzmie Boyda Holbrooka, jest jeszcze nieźle. Kiedy jednak akcent z relacji Logan-Charles przenosi się na Logan-Laura, wszystko się zaczyna rozłazić. Reżyser okazuje się bezradny, kiedy musi być ckliwy i chwyta się dość przeciętnych rozwiązań, które sprawiały, że co chwilę przewracałem oczami. Sekwencja finałowa to już niestety kicz, choć sceny przemocy są w porządku.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza