niedziela, 10 czerwca 2018

Jeannette, l'enfance de Jeanne d'Arc (2017)

Oto dowód na to, że ocena całego filmu nie jest sumą oceny poszczególnych jego części. Jako całość "Jeannette. Dzieciństwo Joanny d’Arc" zupełnie mi się nie spodobała. Ale wiele z elementów filmów wydało mi się świetnych.



Pod wieloma względami "Jeannette" to film siostrzany do "Martwych wód", które uważam za najlepsze dzieło Dumonta. Oba filmy łączy podobna estetyka, zestaw bohaterów i forma narracji. Reżyser w obu nie patyczkuje się prowadząc opowieść w sposób niestandardowy, tworząc postaci, które mocno odstają od tego, co zazwyczaj można oglądać na dużym ekranie. Całość jest szalona, groteskowa, komiczna, a zarazem przenikliwa i diabelnie inteligenta.

"Jeannette" porusza też wiele z tematów, które w twórczości Dumonta przewijają się od lat. Znów zadaje pytania o miejsce człowieka w wielkim planie stworzenia (oczywiście zastanawiając się też, czy taki plan w ogóle istnieje). To opowieść o kryzysie wiary paradoksalnie wynikającym właśnie z posiadania wiary. To opowieść o ciężarze, jakim jest świadomość głębszych aspektów ludzkiej egzystencji. Ale pod tym względem reżyser raczej nie oferuje nic ponad powtórkę z tego, co już wcześniej na te tematy mówił.

Mając jako takie pojęcie o francuskich musicalach, jestem też pod wielkim wrażeniem tego, jak bardzo wierny im jest Dumont, jednocześnie tworząc ich mocno parodystyczną wersję.

To wszystko jednak nie wystarcza, bym był w stanie zachwycić się samym filmem. Niestety jako całość "Jeannette" wygląda jak szkolne przedstawienie, w którym znalazła się rola dla każdego ucznia, niezależnie od talentu lub jego braku. Dla rodziców zawodzenie "aktorów" i poruszanie się niczym spastyk może być powodem do dumy i radości. Ja czułem się jak na imprezie z karaoke: chciałem sobie przebić bębenki i wykuć oczy, byle tylko nie musieć cierpieć tego, co zgotowali twórcy.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza