poniedziałek, 4 czerwca 2018

Solo: A Star Wars Story (2018)

Nie jestem wielkim fanem "Przebudzenia Mocy", "Ostatniego Jedi" i "Łotra 1". Ale przy wszystkich wadach jednego im nie mogę odmówić: reżyserzy robili, co do nich należy, starali się stworzyć coś ciekawego, nadać filmom jakiś charakter. Tego samego nie mogę niestety powiedzieć o Ronie Howardzie. LucasFilm zrobiło bardzo źle powierzając mu reżyserię "Hana Solo". Ten film jest zły tylko i wyłącznie dlatego, że Howard go nie potrafił nakręcić. Pogrzebał go pod grubą warstwą mułu.



Po pierwsze Howard nie poradził sobie z postacią Hana Solo. Nie Alden Ehrenreich, ale właśnie Howard. Ehrenreich całkiem dobrze pasował mi na tytułowego bohatera. Ma wygląd, sposób bycia, mimikę twarzy. Jest w filmie kilka chwil, kiedy widać jego młodzieńczą czupurność, która w przyszłości przekształci się w zawadiactwo starego przemytniczego wygi. Ale częściej miałem wrażenie, jakby Ehrenreich siłą był powstrzymywany, by nie być Hanem Solo, jakim mógłby być i prawie pękał nie mogąc zachowywać się tak, jak na to postać zasługiwała. I nie jest to jego wina, ale Rona Howarda, który nie miał pomysłu na to, jak "ugryźć" postać, więc wcisnął ją w utarte koleiny bezpłciowego protagonisty z przygodowego heist movie. Osoba grana przez Aldena Ehrenreicha mogłaby się nazywać dowolnie i nikt nie zauważyłby różnicy.

Po drugie Howard nie poradził sobie z żadną postacią filmu "Han Solo". Wszyscy - no może z wyjątkiem Becketta granego przez Woody'ego Harrelsona - to postaci wycięte z szarego kartonu: są bezbarwne i boleśnie stereotypowe. Do tego Howard sięgnął po naprawdę przedpotopowe schematy. L3 i Rio to postaci komiczne, jakie w przeszłości kino amerykańskie przypisywało gejom i Latynosom. Również kobiece bohaterki pozostawiają wiele do życzenia. Istnieją w zasadzie wyłącznie po to, żeby mężczyźni się w nich kochali. Kobieta w takiej sytuacji może zachować się wyłącznie dwojako: stać u boku mężczyzny (dzięki czemu może jednak czasem zostać pokazana jako twarda babka, która potrafi skopać wrogom tyłki, a także wykazać heroizmem) lub też zdradzić jego szlachetne do niej uczucia (jeśli jakimś cudem ma odwagę mieć inne życiowe priorytety, a skoro tak, co jest rzeczą nie do pomyślenia, to można to wytłumaczyć tylko w jeden sposób - czyniąc z takiej kobiety koniec końców czarny charakter). Lando Calrissian wcale jakoś szczególnie udanie nie wygląda. A Drydena Vosa ratuje jedynie to, że gra go Paul Bettany.

Po trzecie Howard nie poradził sobie ze śmierciami różnych postaci. Jest to oczywiście pokłosie jego nieudolności w budowaniu bohaterów. Skoro wszystko jest tu stereotypowe, jednowymiarowe i bezbarwne, to i relacje między postaciami praktycznie nie istnieją poza ich wymiarem deklaratywnym. Co gorsze, Howard pozbywa się bohaterów, których jeszcze nie zdążyliśmy poznać. A mimo to śmierci mają rzekomo mieć ważne emocjonalne znaczenie. Przy takiej prezentacji, jaką zaproponował reżyser, równie dobrze bohaterowie mogliby rozpaczać po złamanym paznokciu. Na mnie jako widzu zrobiłoby to dokładnie takie samo wrażenie emocjonalne. Zresztą na tych, których w filmie to osobiście dotyka, chyba też robiło podobne wrażenie. Bo za każdym razem w ekspresowym tempie zbierali się do kupy.

Po czwarte Howard nie poradził sobie z poważniejszymi tematami. W filmie pojawia robot walczący o równouprawnienie. Mamy też wątek rebelii niewolników w kopalni. Howard miażdży te wątki sprowadzając je do poziomu idiotycznych gagów. Sam humor nie był złym pomysłem, ale Howard po prostu nie potrafił jednocześnie bawić się nimi jak i nadać im znaczenie.

Po piąte Howard zupełnie nie poradził sobie z prezentacją ikonicznych scen, co powinno stanowić najbardziej atrakcyjną część filmu. Howard jest jak profesor mamroczący wykład tak monotonnym głosem, że nikt ze słuchaczy nie orientuje się, że opowiada o jakimś niezwykle fascynującym zagadnieniu. W "Hanie Solo" jest wiele scen, które powinny zapadać w pamięci widza przez sam fakt, że były przez widzów wyczekiwane. Tymczasem tu nie ma w nich nic nadzwyczajnego, oglądając je nie czuje się ich wyjątkowości w porównaniu do innych, z punktu widzenia biografii Hana Solo mniej istotnych scen.

Jednego jednak Howardowi nie mogę odmówić. Pozostała mu umiejętność sklejania poszczególnych scen w jedną spójną całość. Dlatego też "Han Solo" wygląda jak film, jest dynamiczny, wizualnie atrakcyjny, nawet jeśli pozbawiony fajerwerków. Wszystko idzie płynnie i bezboleśnie. Biorąc pod uwagę perypetie związane z produkcją filmu, jest to zapewne spore osiągnięcie. Nic jednak nie znaczy, skoro jest to wartki potok bełkotu.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza