niedziela, 15 lipca 2018

In a Valley of Violence (2016)

Zaczęło się naprawdę bardzo obiecująco. W dobry nastrój wprowadziła mnie świetna czołówka, która nie dość, że fajnie wygląda, to okraszona została idealną westernową nutą. Po pierwszych minutach byłem pełen jak najlepszych przeczuć. Prezentacja bohaterów sugerowała, że reżyser zamierza pobawić się westernowym kanonem. Wszystkie postaci to gatunkowe stereotypy: od tajemniczego nieznajomego, przez szlachetną mieszkankę miasteczka-bezprawia, po trzęsącego miastem bossa i jego mało rozgarniętego syna. Jednak każda z osób wygląda tak, jakbyśmy patrzyli na ich odbicie w krzywym zwierciadle. To właśnie te deformacje, drobne zmiany w rozłożeniu akcentów, sprawiały, że dużo sobie po "Dolinie przemocy" obiecywałem. Liczyłem na gatunkowy miszmasz i niebanalną jatkę w trzecim akcie.



Niestety im dłużej trwał film, tym bardziej oczywiste stawało się dla mnie, że zestaw bohaterów (i obsada) jest najlepszym, na co mogę liczyć. Cała reszta to niestety "John Wick" w wersji westernowej zrobiony jednak dużo taniej i bez tej ikry, jaką mieli Leitch i Stahelski. W "Dolinie przemocy" nie ma w zasadzie żadnych scen, które zapadałyby w pamięci. Ethan Hawke nie przyciąga uwagi. Nie wypowiada też fajnych tekstów. A sceny akcji są zdumiewająco wręcz statyczne. Na tym tle odcinał się tylko James Ransone, który grał z mocno campową manierą, co mi się podobało i dlatego żałowałem, że nikt inny nie poszedł w jego ślady.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza