niedziela, 22 lipca 2018

Leatherface (2017)

Nie rozumiem tego trendu, by pokazywać genezę horrorowych bohaterów. W większości przypadków efekt jest rozczarowujący nie tylko dla filmu, ale też dla samej postaci, która z przerażającej zmienia się w żałosną. Bo też zazwyczaj okazuje się, że źli zaczynają jako postaci niegroźne, czasem nawet pozytywne, które jednak są na tyle słabe, że pod wpływem zewnętrznych okoliczności zmienić się w chodzące maszyny do zabijania, które znamy z kolejnych filmów. Gdyby jeszcze owa geneza opowiedziana została w formie dramatu psychologicznego, wtedy historia mogłaby się jeszcze obronić. Zazwyczaj jednak punkt wyjścia nie zostaje pogłębiony i jest tylko pretekstem dla całego filmu.



I właśnie z taką sytuacją miałem do czynienia w przypadku "Leatherface'a". Narracyjnie jest to rzecz zbędna i płytka jak kałuża na pustyni w upalny dzień. Pomysł, by w filmie praktycznie wszyscy byli gorsi od przyszłego Leatherface'a wykorzystany jest wyłącznie jako scenografia i koła zamachowe dla kolejnych zwrotów akcji. Co wyłącznie deprecjonuje kultową postać.

Rzecz broni się jedynie za sprawą kilku niezłych krwawych scen. Ale nawet one wydają się jakieś przytępione. Jest ich też zdecydowanie za mało, by "Leatherface" obronił się jako pozbawiona dobrego smaku ale maksymalnie efekciarska rzeźnia.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza