niedziela, 22 lipca 2018

L'économie du couple (2016)

"Inwestycja w małżeństwo" poddaje w wątpliwość ideę związków opartych na miłości. Przyjaźń lub po prostu małżeństwo z rozsądku wydaje się być lepszym rozwiązaniem. W każdym razie, jeśli chodzi o trwałość i harmonię relacji. Bo w przypadku miłości wszystko jest cudownie, dopóki to uczucie płonie mocno. Ale nikt nie zagwarantuje, że będzie tak zawsze. Ludzie nawet bliscy sobie mają własne biologiczne i emocjonalne zegary. Przez chwilę można znaleźć osobę, która podąża w tym samym tempie i kierunku przez życie. Ale potem okazuje się, że kiedy jedno chce już stabilności, drugie wciąż preferuje chaos i spontaniczność. I nagle rzeczy, które kochaliśmy w miłości naszego życia, stają się tymi, przez które czujemy do nich wstręt i nienawiść.



Najgorsze jest jednak to, że w przypadku miłości praktycznie nigdy nie mamy do czynienia z nagłym zgonem. Zazwyczaj umiera ona powoli, latami, gnijąc, jątrząc się, ale jednocześnie desperacko chwytając się życia, wbijając pazury w tych, których połączyła, nie pozwalając się im uwolnić od siebie.

I z taką sytuacją mamy do czynienia w "Inwestycji w małżeństwo". Związek Marie i Boris nie ma już przyszłości. Oboje wiedzą, że powinni go zakończyć, że powinni się rozstać. A jednak nie mogą tego zrobić, bo miłość, której ciepła już nie czują, wciąż w nich tkwi. To przez nią nadal są ze sobą, choć bardziej obok siebie niż razem. A jeszcze częściej jako adwersarze toczący zacięte boje o błahostki, które urastają do rangi symboli definiujących całą egzystencję. W przypadku Marie i Borisa owym symbolem staje się dom. Kupiła go Marie, za pieniądze własne i swojej rodziny. Pochodzenie Borisa, który przez lata klepał biedę, staje się dla Marie powodem do pogardy, a dla niego samego orężem w walce o sprawiedliwy podział majątku. Bo to Boris dokonał remontu mieszkania, co mocno podniosło jego wartość rynkową. I teraz nie spocznie, póki nie dostanie tego, co wierzy, że mu się należy.

W ich wojence, której żadne nie potrafi zakończyć, choć dla obojga jest wyczerpująca i w gruncie rzeczy bezsensowna, są też cywile. To ich dzieci, które są świadkami konfliktów i tych wykrzyczanych i tych prowadzonych w milczeniu. I choć para robi wszystko, by ich chronić, to na wojnie zawsze są ofiary.

Francuzi stają się powoli specjalistami od filmów będących dekonstrukcjami ludzkich związków. W tym bogatym zestawie kinowych historii obraz Joachima Lafosse'a wyróżnia się na plus. Spodobała mi się zdyscyplinowana narracja reżysera oraz solidny scenariusz, który nie jest nadmiernie łopatologiczny, a zarazem potrafił sprawnie naświetlić skomplikowaną naturę umierającej miłości. Do tego wszystkiego i Bejo i Kahn zagrali bardzo dobrze. Całość wypadła więc lepiej, niż się tego spodziewałem.

Ocena: 7

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza