niedziela, 8 lipca 2018

Victoria (2016)

Życie Victorii nie układa się za dobrze. Poznawani w sieci faceci nie spełniają jej oczekiwań. A to nie do końca wyglądają tak, jak ich profile internetowe, a to chcą się tylko bzykać, kiedy ona chciałaby, żeby ją wysłuchali. Jakby tego było mało, jej były mąż odkrył talent pisarski. Co nie byłoby takie złe, gdyby nie drobny fakt, że na swoim blogu opisuje wyłącznie jej życie prywatne i zawodowe mieszając prawdę z fikcją. Z kolei jej kumpel co jakiś czas chce, żeby broniła go w sprawie wytoczonej przez równie świrniętą co on sam jego ukochaną. Chodzi też do psychiatry, wróżki i na akupunkturę. I nic z tego nie ma. Jej życie to chaos, w którym stałym jest jeden element, czego przez 90% filmu nawet nie zauważy.



Biorąc pod uwagę liczbę fabularnych pomysłów, zdumiewa mnie fakt, jak mało ciekawym filmem okazała się "Victoria". Zamiast interesującej komedii obyczajowej z barwnymi bohaterami i absurdalnymi scenami (jednym ze świadków w sprawie, w której bohaterka jest adwokatem, jest dalmatyńczyk, a innym szympansica), mam flegmatyczną przypowieść o typowej filmowej kobiecie na skraju załamania nerwowego.

Oglądając "Victorię" nie mogłem uwolnić się od myśli, że film powstał w gruncie rzeczy po to, żeby skusić Amerykanów do kupna praw do realizacji remake'u. W hollywoodzkiej wersji świetnie sprawdziłaby się Charlize Theron, która już parę razy podobne do tytułowej bohaterki "Victorii" role zagrała.

W sumie jest to średniak jakich wiele.

Ocena: 5

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza