wtorek, 7 sierpnia 2018

Dog Eat Dog (2016)

Zaczyna się nieźle. Oto Willem Dafoe gra niezrównoważonego ćpuna. Widzimy zdeformowaną rzeczywistość, w której egzystuje ten bohater. A potem jest scena niespodziewanej eskalacji przemocy, w której reżyser epatuje brutalnością w sposób na tyle zaskakujący i efekciarski, że przykuło to moją uwagę. Szybko przekonałem, że później będzie już tylko gorzej.



Jest mi trochę żal Schradera. Widać, że facet starał się, jak tylko mógł. Co jakiś czas więc w filmie pojawiają się przerysowane sekwencje przemocy czy też epatujące groteską wynikającą z dziwacznych splotów okoliczności. Reżyser bawi się też formą, a to przechodząc z kolorowych obrazów w czerń i biel, a to bawiąc się perspektywą. Trójka głównych bohaterów w teorii też powinna zapewnić całą masę atrakcji.

Mimo wyczuwalnych wysiłków film jednak nie spełnił pokładanych w nich nadziei. Wizualne atrakcje nie przekładają się na narracyjną intensywność. Fabuła snuje się zbyt leniwie. Paplanina jednego z bohaterów zamiast stanowić fajny ozdobnik skutecznie potrafiła mnie wynudzić. Bohaterowie są może i barwni, ale już relacje między nimi są za mało wyraziste. Fabuła jest chaotyczna, ale jednocześnie bardzo statyczna, czego nie potrafił reżyser zamaskować ani zdjęciami ani montażem.

"Geniusze zbrodni" budzili smutek i żenadę, jakbym patrzył na kurę, która desperacko próbuje wznieść się w powietrze i nie rozumie, że nie jest tego rodzaju ptakiem.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza