niedziela, 19 sierpnia 2018

Willkommen bei den Hartmanns (2016)


Cóż za niewykorzystana okazja! "Witamy u Hartmannów" powinno być komediowym samograjem. Wstawienie uchodźcy z Nigerii do domu przedstawicieli niemieckiej bogatej klasy średniej, dawało w zasadzie nieograniczone możliwości. Już samo starcie różnych punktów widzenia na te same sprawy wystarczyłoby do zapełnienia filmu niezliczoną liczbą gagów. Można było w nieskończoność wygrywać to, jak uchodźca styka się za absurdami rozwiniętej cywilizacji i jak dekadenccy Niemcy odkrywają na nowo szokującą prostotę "egzotycznej" kultury. Sięgając po film byłem przekonany, że czekają mnie dwie godziny pękania ze śmiechu.



Okazało się jednak, że zamiast tego dostałem dwie godziny nudy, żenującej propagandy i być może zabawnych scenek na papierze, które jednak w ogóle mnie nie śmieszyły. Fabuła jest chaotyczna, różne charaktery bohaterów kompletnie nie wygrane. Twórcy zrobili też wszystko, by zminimalizować dwuznaczność większości dowcipów, które oparte są na pomyśle traktowania uchodźcy jak zwierzaka ze schroniska będącego balsamem na wszelkie zło zżerające rodzinę Hartmannów od środka. Ani wątek starzejącego się seniora rodu, który nie może pogodzić się z terrorem czasu, ani jego cierpiąca na syndrom pustego gniazda żona, ani dwójka ich dzieci nie były w stanie zagwarantować wystarczająco dużo śmiechu, choć potencjał do tego mieli wszyscy. Wątek z inwigilacją był już bardzo słaby, a postać młodego lekarza strasznie mnie irytowała, ponieważ to właśnie ją wykorzystali twórcy jako tubę przekazującą propagandę o tolerancji i otwartości narodu niemieckiego.

Francuzi w "Czym chata bogata" podobny pomysł zrealizowali jednak dużo lepiej, choć przecież i tamten film tak naprawdę średnio mi się podobał.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza