środa, 9 stycznia 2019

Beautiful Boy (2018)

Zaczynam powoli dochodzić do wniosku, że Felix Van Groeningen jest mistrzem wciskania widzom kitu. "Mój piękny syn" jest trzecim jego filmem, który obejrzałem. Żaden z nich jakoś szczególnie mnie nie zachwycił, a przecież pełno zachwytów na ich temat dochodziło do mnie ze wszystkich stron. Choć w tym przypadku mogę to zrozumieć. Film jest bowiem bardzo ładny, wręcz śliczniutki, doskonale grając na uczuciach. Tyle tylko, że to wszystko jest przerażająco sterylne. Nie ma w tym prawdy. Nie ma życia. Nie ma ludzi.



Łatwo mogę się domyślić, jaki efekt chciał osiągnąć reżyser rezygnując z naturalistycznego podejścia do tematu narkomanii i tworząc z tego kolorową bajeczkę. W końcu opowiada w dużej mierze o fikcji, jaką jest błędny obraz syna w oczach kochającego ojca. "Mój piękny syn" ewidentnie chce należeć do tego rodzaju kina, które porusza poważne tematy w sposób mało dosłowny, sięgając po magię, przerysowanie, by zwiększyć efekt emocjonalnego działa.

Niestety  rzecz, którą stworzył Van Groeningen, do mnie nie przemawia. Zamiast wzruszającej opowieści o miłości ojca do syna, dostałem bardzo naiwną, straszliwie uproszczoną i do tego wykastrowaną z wszystkiego co ważne, bajeczkę o dobrym ojcu, który bardzo kocha syna, ale którego miłość nie wystarcza, by chłopakowi pomów. "Mój piękny syn" poziomem nie odbiega od produkcji z Hallmarku z końca ubiegłego wieku. Króluje łopatologia, bardzo mechaniczne, pozbawione emocjonalnego zaangażowania, odhaczanie kolejnych punktów typowej fabuły o uzależnionych osobach.

Jedyny momentem, który naprawdę mnie poruszył, by monolog matki na spotkaniu rodziców narkomanów. Paradoksalnie zadziałał, ponieważ nic na temat kobiety i jej dziecka nie widziałem. Matka pojawia się tylko w tej jednej scenie, by dać świadectwo swojej bezradności, bólu, miłości. Był to jedyny moment, kiedy poczułem, że mam do czynienia z czymś prawdziwym.

Film obronił się za sprawą dobrych kreacji Steve'a Carella i Timothée Chalameta. Widać, że oboje mocno zaangażowali się w odgrywane role i postarali się uwiarygodnić je, jak tylko to się dało. Niestety czasami obracało się to przeciwko nim, ponieważ reżyser wykorzystywał ich kreacje w celu estetycznego uatrakcyjnienia filmu. Prowadziło to do groteskowych chwil, w których dramatyczne sceny przeżywającego kryzys młodego bohatera, są tak ładne, że nie sposób je traktować poważnie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak ślicznie przedawkowywał w toalecie. To mnie mocno do całości zniechęcało.

Koniec końców wyszło z tego danie tak przesłodzone, że przekraczało moje możliwości tolerancji, mające jednak wystarczająco dużo zalet (głównie w postaci kreacji aktorskich), by nie przekreślał rzeczy całkowicie.

Ocena: 6

4 komentarze:

  1. Z jakiegoś głupiego poczucia obowiązku, powinności,miałam się dziś wybrać na to do kina, ale tak bardzo mi się nie chciało - deszcz, zimno -musiałabym wziąc parasol, który potem, podczas seansu, ociekał by mi zimną wodą u stóp, nogi ziębiły mi mokre spodnie - dobrze, że przeczytałam twoją recenzję - nie jest mi żal, że tego pieknego syna nie zobaczę w kinie. Tym bardziej, że jak się spodziewałam i jak piszesz - film jest raczej oczywisty, a na dodatek, o zgrozo przesłodzony ślicznie. :) bf

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czuję się jednak w obowiązku dodać, że naprawdę wiele osób zachwyca się tym filmem

      Usuń
  2. Wiem, wiem, ale dziś potrzebowałam opinii na "nie za bardzo". W sumie mam ochotę porównać te dwa filmy, "Mojego pięknego syna" i "Powrót Bena". Wnioskuję po twoich recenzjach, że opowiadają podobną historię, problemy, ale jeden z perspektywy ojca, a drugi matki. Ciekawe, czy można porównać bezwarunkowość obu miłości? Już ci więcej głowy nie zawracam, bo moje wpisy to jak rozmowa ślepego z widzącym. Pozdr bf.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale Cię rozumiem. Sam wczoraj planowałem wybrać się na Władcę Paryża, ale kiedy okazało się, że nie grają go blisko mnie w sprzyjających godzinach, też zacząłem szukać wymówek, by nie wychodzić z domu wieczorem :)

      Usuń