poniedziałek, 6 lutego 2017

Jackie (2016)

"Jackie" wywołuje u mnie mieszane uczucia. To, co mi się naprawdę spodobało, to sposób sportretowania tytułowej bohaterki. Pablo Larraín potrafił zbudować postać pełną paradoksów. Jackie Kennedy jest w tym filmie jednocześnie zahukaną gąską i żelazną damą, damulką z arystokratycznym kompleksem i aktorką potrzebującą widowni, by oddychać, wyrafinowaną kobietą obytą w świecie i zagubioną dziewojką. Te wszystkie elementy reżyser zlewa w jedną całość tak, że nie sposób wskazać, gdzie kończy się jedna cecha, a zaczyna druga. Chilijczyk maluje najbardziej skomplikowane charakterologiczne wzory z taką swobodą, że przez większość filmu nie mogłem wyjść ze zdumienia.


Zarazem jednak kompletnie nie przemówiła do mnie wybrana przez niego konstrukcja narracji. Nie "kupuję" formuły podwójnego wyznania. Nie widzę głębszego sensu, dla którego reżyser mnoży świadków tragedii Jackie Kennedy, którzy pozornie kwestionują jej decyzje, by koniec końców potulnie poklepać ją po ramieniu i podnieść na duchu. I dziennikarz, i ksiądz, i nawet postać Nancy Tuckerman mają sens wyłącznie dla samej konstrukcji filmu, umożliwiając reżyserowi swobodne mieszanie planów czasowych. To zaś sugeruje, że Larraín bardziej zainteresowany jest tym JAK opowiedzieć historię Jackie (ze szczególnym podkreśleniem odrębność od typowej struktury filmu biograficznej), niż tym CO chce opowiedzieć.

W rezultacie "Jackie" zupełnie mnie nie zainteresowała. Oglądając film nie czułem potrzeby dowiedzenia się czegoś więcej o żonie JFK-a. Była mi wręcz obojętna. I jeśli w ogóle film zapamiętam, to nie za sprawą głównej bohaterki, ale przez kompletnie odmienioną Gretę Gerwig. Jej kreacja aktorska wprawiła mnie w autentyczne osłupienie. Do tej pory żyłem w przekonaniu, że niezależnie od filmu Greta Gerwig zawsze będzie Gretą Gerwig. A tymczasem w "Jackie" udowodniła mi, że się myliłem. Oczywiście to tylko podnosi moje oczekiwania wobec niej i liczę, że częściej będzie wychodzić poza krąg swoich aktorskich przyzwyczajeń.

Jeśli zaś chodzi o kreację Natalie Portman, to oczywiście świetnie udaje Jackie Kennedy. Ale nie jest to najlepsza rola oparta na imitacji prawdziwej osoby, jaką widziałem w ciągu ostatniego roku. Moim zdaniem większym mistrzostwem była metamorfoza Josepha Gordona-Levitta w Snowdena. Nie uważam też, by Portman była najlepszą aktorką z piątki nominowanej do Oscara. Co prawda nie widziałem "Loving", więc nie wiem, jak zagrała Ruth Negga, ale osobiście uważam, że Huppert w "Elle" pokazuje więcej aktorskiego kunsztu.


Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza