sobota, 11 lutego 2017

The Swedish Theory of Love (2015)

Oglądając "Szwedzką teorię miłości" przypomniał mi się film Seana Penna "Wszystko za życie". Oba obrazy poruszają ten sam problem: odrzucenia bezpieczeństwa, wygody, komercjalizmu i  konsumpcjonizmu egzystencji współczesnego człowieka cywilizacji krajów wysokorozwiniętych. Jak wtedy bohater grany przez Emile'a Hirscha, tak teraz reżyser dokumentu widzi współczesność w najciemniejszych barwach. To, co inni akceptują, uważają za normalne, wygodne i bezpieczne, on odrzuca widząc w tym psychiczny (i fizyczny) izolacjonizm, rozpad tradycyjnych więzi społecznych i zachowań. Oczywiście może mieć rację, tyle tylko, że on jeszcze dodaje temu negatywną wartość i przedstawia swój punkt widzenia ze stuprocentowym przekonaniem o własnej słuszności. A to już mi się nie podobało.



Reżyser "Szwedzkiej teorii miłości" bardzo stara się, by jego film wciągał, wyglądał na ciekawy i sprawiał wrażenie dynamicznej i wnikliwej analizy zjawiska. Ja jednak nie dałem się zahipnotyzować formie i im dłużej trwał dokument, z tym większym sceptycyzmem do niego podchodziłem. A wszystko przez jego założenie. Choć bowiem nigdy nie zostaje ono wypowiedziane wprost, to jednak jest aż nazbyt czytelne. Reżyser odrzuca wiarę w możliwość osiągnięcia przez człowieka pełnej wolności (a zatem i pełnej odpowiedzialności). Jego zdaniem systemowa niezależność wypracowana w Szwecji wcale nie doprowadziła do tworzenia autentycznych relacji między ludźmi, a sprawiła, że ludzie się od siebie odsunęli. I z tym mógłbym się pewnie zgodzić. Ale reżyser poszedł dalej wyciągając wniosek, że skoro tak się dzieje, to oznacza to, że lepsza dla człowieka jest egzystencja niewolnika natury. Tak, przez to człowiek naraża się na różne niebezpieczeństwa, nad którymi nie ma kontroli, ale to właśnie doświadczanie zagrożenia buduje wspólnoty, bo razem jest łatwiej przetrwać niż osobno. Reżyser chce, byśmy płacili cenę zagrożenia (bólu i śmierci), jeśli w zamian otrzymamy bliższe i trwalsze więzi interpersonalne.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie koronny argument, jakiego używa, by nas do swej tezy przekonać. Jest nim Szwed, który "odrzucił" bezpieczne i wygodne życie w ojczyźnie, przeniósł się do Etiopii, gdzie zmaga się z prozą życia, o jakiej w Szwecji nie może nawet marzyć. Jest chirurgiem, ale w jego szpitalu brak jest nawet podstawowego sprzętu, więc cały czas musi improwizować, zmagać się z brakami prądu i leczyć przypadki, z jakimi do szwedzkich lekarzy ludzie nie przychodzą już od 200-300 lat. I opowiada to wszystko z wielkim entuzjazmem i zachwytem. Reżyser chce pokazać, że zamiast być zombie, czyli pozbawionym energii, samotnym obywatelem, którego wszelkie potrzeby zaspokaja opiekuńcze państwo, ów chirurg jest energiczną, pełną życia jednostką, która w sytuacji skrajnej może się wykazać tym, kim naprawdę jest.

Piękny przekaz, ale kłamliwym. Reżyser nie bierze pod uwagę jednego, ale przecież mającego kluczowe znaczenie faktu: ów Szwed może pozwolić sobie na "ryzyko", bo w 9 na 10 wypadkach nie on płaci za to cenę. Nie zrzekł się przecież obywatelstwa szwedzkiego, nie spalił mostów prowadzących do bezpiecznej enklawy na północy Europy. Niczym tak naprawdę nie ryzykuje, ponieważ zawsze ma otwartą drogę wyjścia. Jednak mieszkańcy Etiopii, których tak dzielnie "ratuje", nie mogą liczyć na podobny luksus. Dla nich jest to jedyna egzystencja. Jeśli coś pójdzie nie tak, nie mają gdzie uciec. To, co dla Szweda jest niczym więcej, jak sposobem na uniknięcie nudy, dla nich jest walką o życie.

Ten fałsz przenika całą "Szwedzką teorię miłości", ale jej reżyser albo nie jest tego świadomy albo z premedytacją to ignoruje. Mam nadzieję, że to pierwsze.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza