niedziela, 8 lipca 2018

Sueño en otro idioma (2017)

Przez większość czasu "Śnię w obcy języku" wyglądało na dość standardową skromną produkcję z Meksyku. Oto do niewielkiej wioski przybywa młody lingwista, by nagrać rozmowy prowadzone w ginącym języku. I jak to zwykle bywa, kiedy do zamkniętej społeczności wprowadzony zostaje nowy element, pojawienie się lingwisty wywoła chaos i całą masę nieprzewidzianych zdarzeń. Mężczyzna wmiesza się bowiem w relację między dwójką mieszkańców wioski. Od pół wieku nie rozmawiali ze sobą, ponieważ w ich przyjaźń, kiedy byli nastolatkami, wkroczyła kobieta i ich rozdzieliła. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana, choć z filmowego punktu widzenia jednocześnie bardziej oczywista.



"Śnię w obcym języku" jest więc opowieścią o niespełnionym uczuciu, o wstydzie i świadomości utraconej szansy na szczęście. To opowieść o marzeniach i strachu, który sprawia, że marzenia te nigdy nie zostaną zrealizowane. Jednak pod koniec filmu dzieło Ernesta Contrerasa zmienia się. Reżyser wprowadza elementy magiczne, które były obecne w śladowych ilościach od samego początku. Ten zabieg zamiast gryźć się z surową naturalnością dotychczasowej historii, niespodziewanie ją wzbogaca, wynosząc na nowy, wyższy poziom. Jednocześnie okazuje się, że reżyser świetnie radzi sobie z manipulowaniem emocjami widzów. Dodał kilka prostych, ale pięknych i wzruszających scen, dzięki czemu całość niespodziewanie podbiła moje serce. Okazuje się, że w tym filmie melancholia, nadzieja, romantyzm splatają się w czarującą historię, która idealnie wpasowała się w moją wrażliwość.

Ocena: 7

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza