poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Салют-7 (2017)

Na początku filmu zastanawiałem się, dlaczego pojawiają się w nim fikcyjne postacie. Przecież Salut 7 istniał naprawdę. I rzeczywiście w 1985 roku uległ awarii, do której naprawienia została wysłana dwójka kosmonautów. Szybko odkryłem odpowiedź na to pytanie. Prawdziwe wydarzenia są tu jedynie pretekstem. "Salut 7" to bajka, która z rzeczywistością ma niewiele wspólnego.



Niewiele też ma wspólnego z rosyjską kinematografią. Gdyby nie język, jakim mówią bohaterowie, można byłoby uznać całość za standardową familijną produkcję amerykańską. Ba, ten film jest bardziej amerykański od większości obrazów wyprodukowanych w USA. Twórcy do perfekcji opanowali sztukę imitacji. I to na każdym poziomie. Mamy więc typowy zestaw amerykańskich bohaterów, od zwykłych ludzi czynu, którzy dzielnie w kosmosie dokonują cudów, przez ich rodziny, które oczywiście istnieją po to, żeby podnieść stawkę (jeden z kosmonautów naraża życie akurat wtedy, kiedy jego żona spodziewa się pierwszego dziecka), po specjalistów, którzy z bezpiecznego centrum na Ziemi teoretyzują i w odpowiednich miejscach albo wyglądają na zmartwionych albo też biją brawo celebrując sukcesy kosmonautów.

Sama fabuła pełna jest zwrotów akcji, których nie powstydziłoby rasowe widowisko akcji. Jest tu miejsce na brawurowe akty odwagi i desperackie próby podejmowane w obliczu nieuchronnej (zdawałoby się) klęski. Każda scena istnieje po to, by dwójka kosmonautów mogła w pełnej krasie ujawnić swoje bohaterstwo i zarazem zwyczajność.

Jest to w gruncie rzeczy głupie i naiwne, ale jakimś cudem twórcy zrealizowali rzecz w taki sposób, że daje się to wszystko obejrzeć, a miejscami nawet wciąga. Ponieważ miałem niewielkie oczekiwania, to jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza