sobota, 4 sierpnia 2018

Disobedience (2017)

Oglądając "Nieposłuszne" przypomniał mi się pierwszy film Sebastiána Lelio, "Święta rodzina". W obu widać skłonność reżysera to budowania metaforycznych opowieści bez wystarczających ku temu umiejętności. Zamiast więc finezji, operowania niedopowiedzeniami, bazowania na wieloznaczności i wgryzania się w konsekwencje prezentowanych zachowań, reżyser oferował ostentacyjną oczywistość i dosłowność scen oraz mechaniczne i bezrefleksyjne korzystanie z narracyjnych schematów.



Takie postępowanie Lelio sprawiło niestety, że historia, która miała potencjał na bycie trójwymiarową i fascynującą, stała się płaska i nijaka. Odnoszę wręcz wrażenie, że reżyser, który postawiłby na melodramatyczną schematyczność, który nie miałby większych ambicji reżyserskich, zrobiłby lepszy film na bazie scenariusza. A to dlatego, że przynajmniej większą rolę miałyby w jego wersji emocje, nawet jeśli wszystko byłoby przesadnie ckliwe. U Lelio niestety uczucia zostały wygłuszone. Dlatego też w ogóle nie uwierzyłem w namiętność, która rzekomo łączy dwie bohaterki. Ich więź był straszliwie cherlawa, przez co całość wydała mi się nudna. O tym, jak słabo wyszło reżyserowi opowiadanie o kobiecej miłości, najlepiej świadczy fakt, że z trzech głównych postaci, to osoba męża najbardziej zapadła mi w pamięci i to jego dramat w ostatniej części filmu, kiedy musi podjąć decyzję, zrobił na mnie największe wrażenie. Stało się tak dlatego, że jest to jedyny aspekt całej historii, który nigdy do końca nie zostaje doprecyzowany przez reżysera. Ta niedookreśloność w połączeniu z wyrazistą kreacją Nivoli robiła piorunujące wrażenie.

A przecież obie bohaterki miały potencjał, by stać się elementami fascynującej opowieści. Grana przez McAdams Esti to przecież mistrzyni manipulacji, która potrafiła swoją miłość do Ronit wykorzystać jako narzędzie własnej emancypacji. Gdyby Lelio był lepszym reżyserem w operowaniu niejednoznacznością, to ten wątek można było w cudowny sposób rozwinąć. Podobało mi się również to, jak grana przez Weisz Ronit ostentacyjnie walcząc o prawo do samostanowienia, w mało subtelny, choć niewerbalny, sposób atakuje prawo innych do spełniania się w grupie. Miejscami kobieta budziła moją niechęć tym, jak bardzo nietolerancyjna jest w domaganiu się od innych akceptacji własnej drogi życia jednocześnie negując i pogardzając cudzymi wyborami. Ale i tego również nie wykorzystał reżyser, sprowadzając motyw do fajnego, ale mimo wszystko mocno mechanicznego, tiku bohaterki polegającego na ciągłym dotykaniu jej prawdziwych włosów (szczególnie w obecności kobiet, które zgodnie z tradycją swoje włosy ukrywały pod perukami).

"Nieposłuszne" okazały się więc sporym rozczarowaniem. To kino emocjonalnie puste, którego niewykorzystany potencjał tak bardzo razi, że nie pozwala cieszyć tym wszystkim, co się w filmie udało. A jest tego całkiem sporo, przede wszystkim jeśli chodzi o grę obsady aktorskiej.

Ocena: 5

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza