niedziela, 26 kwietnia 2020

Tiempo después (2018)

Przyszłość. A w każdym razie tak nam mówi narrator. Widzimy odizolowany świat złożony z dwóch odrębnych społeczności. W zamkniętym wieżowcu mieszkają uprzywilejowani, którzy mają pracę przydzielaną im według odgórnego rozdzielnika, i gdzie ustrój jest dziwaczną mieszanką monarchii, demokracji i teokracji. Na zewnątrz, w enklawie szałasów, zamknięci są ciemiężeni, bezrobotni, których jedynym zadaniem w życiu jest pozostać bezrobotnymi. System wydaje się funkcjonować idealnie dzięki zachowaniu "naturalnego" porządku. Jak się jednak okazuje, wystarczy, że znajdą się ludzie, którym nie w smak jest ich sytuacja, by system zaczął chwiać się w posadach. Homeostaza nie zostanie zachowana, jeśli nie będzie mechanizmów mogących ją ochronić.



O tym mniej więcej jest "Jakiś czas później". Jednak w tym przypadku nie jest aż tak istotne, o czym film opowiada, a raczej jak to czyni. Twórcy sięgnęli po absurd. I poszli w tym na całość. Dywagacje filozoficzne, dysputy na tematy dotyczące doktryn społecznych mieszają się tu ze scenami owiec przewożonych windą na pastwisko na dachu wieżowca i treningami eskadry latających mężczyzn.

Czyni to z filmu rzecz tak bardzo dziwaczną, że dla większości widzów nie do strawienia. "Jakiś czas później" jest dziełem ezoterycznym, które wymaga od oglądającego akceptacji skrajnie ekscentrycznego poczucia humoru. Mnie się to nawet podobało. Jednak nawet ja muszę przyznać, że w tych wszystkich zabawach ginie gdzieś myśl przewodnia... jeśli w ogóle jakaś twórcom przyświecała. Wydaje się, że ma to być satyra na współczesne konflikty polityczne. Ale dlaczego twórcy się śmieją i czy ma za tym iść jakaś refleksja, tego nie jestem pewien.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza