piątek, 24 lutego 2017

King Cobra (2016)

Biedny Sean Paul Lockhart. X Muza nie była dotąd dla niego łaskawa. Jako gwiazda porno cieszył się co prawda sporą sławą, ale przez długi czas niewiele z tego miał. Jego próby przejścia do mainstreamu spaliły na panewce. Jeszcze kiedy grywał w epizodach, to przynajmniej trafiał do ciekawych produkcji ("Obywatel Milk", "Maraton filmów grozy"). Kiedy jednak chciał być gwiazdą, zostawała mu gra w koszmarach typu "Kissing Darkness". A teraz okazuje się, że nawet film inspirowany wydarzeniami, których był jednym z głównych bohaterów, wypadł tak sobie.



Choć to ostatnie nie jest jego winą. Historia pierwszych lat Lockharta jako Brenta Corrigana to prawdziwy samograj. Jest w niej wszystko: oszustwo, wyzysk, namiętność, sława, morderstwo. Pech niestety chciał, że temat ten zainteresował Justina Kelly'ego i Jamesa Franco, czyli duet odpowiedzialny za słabiutki "Kim jest Michael".

Problem Kelly'ego polega na tym, że nie potrafi opowiadać historii, on je po prostu streszcza. W "King Cobra" jest czterech ciekawych bohaterów, lecz reżyser zadowala się pokazaniem jedynie ich powierzchowności. Nie dowiedziałem się nic o chłopaku, który jako 17-latek zdecydował się wystąpić w pierwszym pornosie, o fundamentalistycznym chrześcijaninie, który stał się alfonsem i gejowskim producentem o manipulacyjnym i gwałtownym charakterze, ani o prostym, skrzywdzonym przez życie jego partnerze. Kelly opowiada o namiętnościach, o szybkim bogactwie, o upajającym narkotyku, jakim jest sława, ale wszystko to zdaje się po nim spływać, mówi o tym od niechcenia i nie poświęca więcej uwagi.

Reżyser nie miał nawet zdania na temat stylistyki, w jakiej chce zrealizować "King Cobra". W efekcie film jest niespójny. Raz pędzi na złamanie karku, a innym razem ciągnie się jak rozgotowany makaron. Całość musi się bronić samą historią, co też przez większość czasu się udaje.

"King Cobra" wypada też całkiem nieźle aktorsko. James Franco jest w porządku, a Christian Slater jeszcze lepszy. Dla Garretta Claytona miała to być rola przełomowa, która pozwoli mu zerwać z wizerunkiem disnejowskiej gwiazdeczki. Nie do końca mu się to udało. Widzę w nim potencjał, ale chciałbym go zobaczyć w repertuarze, w którym nie będzie polegał głównie na swojej słodkiej buźce. Chyba najbardziej spodobał mi się Keegan Allen. Jego Harlow, to zdecydowanie najbardziej skomplikowana i rozbudowana postać całego filmu. Jest w nim brutalność, ale i sporo kruchości. Allen dobrze sobie z tym mieszaniem przeciwieństw poradził.

Ocena: 5

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza