środa, 27 czerwca 2018

Ocean's Eight (2018)

Jeśli LucasFilm rzeczywiście w przyszłości zamierza powierzać realizację filmów sprawdzonym reżyserom-wyrobnikom, to z całą pewnością powinni zatrudnić Gary'ego Rossa. "Ocean's 8" to przykład filmu miernego, pełnego uproszczeń i niedoskonałości, który jednak został tak przygotowany, że mimo wszystko oglądałem go jak pierwszorzędną rozrywkę i cieszyłem się, że to nie Soderbergh stoi za kamerą (nie jestem fanem oryginalnej trylogii, uważam ją za bardzo przeciętną).



Tak naprawdę to ten film nie powinien się udać. Choćby dlatego, że nie ma w nim bohaterek. Każda z postaci została ledwie naszkicowana. Większość z nich jest tak ogólnikowa, że nie jestem pewien, czy znalazłby się chociaż jeden epitet, jakim można byłoby je opisać. Nawet Debbie jest luźnym zbiorem ledwie kilku przypadkowych cech charakterologicznych. Co za tym idzie wszelkie relacje interpersonalne mają tu mocno umowny charakter. Dotyczy to również tak - zdawałoby się - istotnych elementów jak zemsta, żałoba czy przyjaźń Debbie z Lou.

Miejscami też "Ocean's 8" wygląda absurdalnie. Dotyczy to chociażby perfekcyjnych makijaży bohaterek w każdej sytuacji. Chcę wierzyć, że taki był zamysł reżysera, że w ten sposób postanowił on przekazać widzom, by nie brali filmu zbyt serio. Ten dystans mocno się przydaje, ponieważ w "Ocean's 8" nie ma też w ogóle intrygi. To niebywałe, ale jak na opowieść o mocno skomplikowanej zemście i równie ambitnym skoku, wszystko toczy się tutaj bez większych problemów. Najbardziej zaimponowało mi to, że twórcy zrezygnowali z wydawałoby się obowiązkowego bardzo poważnego problemu, który wyskakuje w najmniej odpowiednim momencie tuż przed tym, jak skok się powinien zakończyć sukcesem. Taki twist wydaje się wpisany w gatunek heist movie, więc jego brak jest czymś naprawdę zdumiewającym.

Gary Ross jednak potrafił tak poprowadzić narrację, że braki zauważa się dopiero po fakcie. Akcja toczy się tak wartko, że jakiekolwiek przestoje czy też niespodziewane twisty wydają się kompletnie nie na miejscu. Obsada została też dobrze dobra. Panie tworzą na ekranie zgrany zespół i z przyjemnością patrzyłem na to, jak kolejne etapy skomplikowanego planu są perfekcyjnie realizowane.

"Ocean's 8" w zasadzie odebrałem jako film typu "wstydliwa przyjemność" - bardzo fajnie mi się go oglądało, choć racjonalnie trudno znaleźć jakiekolwiek atuty na wyjaśnienie dlaczego tak się stało. Wydaje mi się jednak, że o pozytywnym odbiorze zdecydowała cała masa drobiazgów porozrzucanych po całym filmie (jak chociażby to, że dla jednej z bohaterek jej pracodawczyni nie znajduje czasu, bo właśnie ogląda finał turnieju tenisowego z Federerem w roli głównej), które jednak po z sumowaniu budują wrażenie, że ma się do czynienia z solidną rozrywką.

Ocena: 7

2 komentarze:

  1. Kurcze, to już druga dobra opinia o tym filmie, jaką przeczytałam. Tak bardzo brakuje mi czegoś typowego w swoim gatunku, bez wymądrzania się i silenia na artystostwo. Może się wybiorę, mimo, że naprawdę nie przepadam za Sandrą B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. idealna letnia rozrywka, ja tam Sandrę lubię, więc mi nie przeszkadzała

      Usuń