niedziela, 8 lipca 2018

Billy Lynn's Long Halftime Walk (2016)

Jaka szkoda, że nie istnieje żaden sposób na obejrzenie "Najdłuższego marszu Billy'ego Lynna" w takiej wersji, w jakie Ang Lee go nakręcił. Ewidentnie widać, że reżyser skupił się na aspekcie technologicznym realizacji filmu, a cała reszta, łącznie z fabułą i konstrukcją bohaterów jest tylko nieistotnym elementem, pretekstem.



Obraz składa się bowiem z irytujących swą łopatologią i egzaltacją monologów, w których poruszane są standardowe wojenne tematy: psychologiczna cena uczestnictwa w sankcjonowanej przez świat przemocy, rozdźwięk między cywilami a weteranami wojny, rozdźwięk między bogaczami i biedakami. Bohaterowie w żadnym momencie nie wyglądają jak żołnierze, którzy dopiero co wrócili z wojennego piekła. Wyraźnie widać, że są to aktorzy, którzy w bardzo sceniczny sposób deklamują swoje kwestie. Często nie czuć nawet ich interakcji między sobą. To, jak patrzą się w kamerę, niweluje iluzję i podkreśla, że mamy do czynienia z kreacją artystyczną. Wszyscy grają tutaj w sposób tak sztuczny, że nawet osoby, co do których talentu nie powinienem mieć żadnych wątpliwości, tu wypadają gorzej od licealnych amatorów.

To zdumiewające, że tak fałszywy film mógł stworzyć Ang Lee, którego ogólnie bardzo cenię. Zaskakuje mnie to tym bardziej, że przecież pożenienie wojny i teatru jest możliwe. Dowodem na to może być "Kajaki". Ale w tamtym filmie sceniczne monologi stanowiły rzadkość, ledwie dodatek do surowego obrazu piekła wojny, w "Najdłuższym marszu" są zaś podstawą całego filmu.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza