niedziela, 22 lipca 2018

Fences (2016)

Nie jestem fanem pomysłu, by scenariusze filmów powstających na bazie sztuk teatralnych pisali autorzy tychże sztuk. Odnoszę wrażenie, że są oni tak bardzo przywiązani do pierwotnego tekstu, że nie potrafią dokonać ich przekształcenia w interesującą rzecz filmową. Oczywiście dobry reżyser jest w stanie wziąć w karby takiego scenarzystę i mimo wszystko wycisnąć z tekstu smakowite soki. Jednak Denzel Washington do takich nie należy. Jemu wystarczyło to, by aktorsko "Płoty" się prezentowały bez zarzutu.



I rzeczywiście Washington, Viola Davis, Stephen Henderson, Jovan Adepo i Russell Hornsby grają na najwyższych obrotach. Tekst deklamują z zaangażowaniem i pełną determinacją. Tyle tylko, że ich gra jest nie przystosowana do potrzeb kamery. Grają tak, jakby to robili na deskach teatru, przed żywą publicznością. To zaś powodowało, że ani przez moment nie wierzyłem, że to są prawdziwi ludzie, że oglądam czyjeś autentyczne tragedie.

Jednak w filmowych "Płotach" najbardziej przeszkadza mi sama reżyseria Washingtona, która jest bierna. Poddał się on scenariuszowi i skupił wyłącznie na tym, jak aktorzy będą dialogi deklamować. Nie ma w pracy Washingtona jako reżysera ani odrobiony refleksji nad samym tekstem dramatu. Niczego z niego nie wyciąga, nie próbuje go zinterpretować, uczynić własną, osobistą opowieścią o czymś.

A przecież oryginał Augusta Wilsona jest treściowo bardzo bogaty. Jest tu u temat rozgoryczenia niespełnionymi marzeniami, jest poczucie winy, jest próba bycia pryncypialnym i obowiązkowym, a jednocześnie jest to też opowieść o słabości, o zmaganiu się z losem. W filmie Washingtona są to jedynie słowa wypowiadana płomiennie przez obsadę aktorską. Do niczego jedna nie prowadzą, nie wzbudzają ani refleksji, ani reakcji emocjonalnej. Dla mnie "Płoty" to niespełniony potencjał i marna namiastka tego, czym zapewne jest ta sztuka na deskach teatru.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza