niedziela, 22 lipca 2018

Hunt for the Wilderpeople (2016)

Takie filmy oglądam z prawdziwą przyjemnością. Taika Waititi zrobił to, co u twórców cenię najbardziej: sięgnął po sprawdzony schemat fabularny, a następnie przekształci go w rzecz jednocześnie swojską i nowatorską.



Punktem wyjścia jest kino drogi opowiadające o zbiegach przed prawem. Zamiast jednak morderczej pary wyjętych spod prawa, czy też dwóch kobiet, które spotkał w życiu pech, Waititi zaproponował nietypowy duet - pogrążonego w żałobie starszego mężczyznę i tułającego się od rodziny zastępczej do rodziny zastępczej nastolatka. To wystarczyło reżyserowi, by stworzyć dynamiczną, pełną humoru, niezwykle inteligentną zabawę, która zapewnia rozrywkę na bardzo wielu poziomach.

Już sam zestaw bohaterów jest na tyle barwny i niebanalny, że spokojnie mógłby zapełnić niejedną kinową komedię. I mam tu na myśli nie tylko parę głównych bohaterów, ale też niemal wszystkie postaci drugoplanowe. Waititi  ma świetne poczucie humoru i potrafi tak budować sceny, żeby zawsze znalazło się miejsce na coś zaskakującego, śmiesznego, nietuzinkowego.

Do tego "Dzikie łowy" są dość wyszukaną zabawą postmodernistyczną. Reżyser bawi się kliszami kina drogi przekształcając je w zwariowane pomysły fabularne. A także nieustannie cytuje klasykę kultury geeków, co w przypadku filmu rozgrywającego się w nowozelandzkiej dziczy zaskakuje i staje się zarazem budulcem dla wielu zabawnych momentów. Wszystko okraszone zostało nietypową, a jednak tutaj idealnie pasującą do reszty muzyką.

Całość jest dynamiczna, ekscytująca, dowcipna, a miejscami też wzruszająca. Do tego wszystkiego Sam Neill i Julian Dennison świetnie się uzupełniają. Nie mam żadnych wątpliwości, że to właśnie rola w "Dzikich łowach" sprawiła, że Dennison dostał angaż do "Deadpoola 2".

Ocena: 8

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza