sobota, 11 sierpnia 2018

Somos tr3s (2018)

Trójkąt miłosny. Ta idea jak mało która rzecz na świecie akcentuje to, jak bardzo ludzie są ofiarami społecznych dogmatów określających zasady interakcji. Kiedy trzy osoby próbują tworzyć jeden związek, spotykają się z nihilistyczną, defetystyczną lub wrogą reakcją. "Ludzie nie mogą tworzyć związków wielorakich". Naturalnym jest relacja 1-1 (przy czym w wielu społecznościach zostanie to jeszcze bardziej doprecyzowane jako związek kobiety i mężczyzny). W najgorszym razie ci, którzy chcą żyć w trójkę, uznani zostaną za zboczeńców, osoby chore. W najlepszym razie ich relacja w powszechnej opinii skazana zostanie na fiasko. A wszystko to dlatego, że za oczywiste i niepodważalne uznaje się przekonanie, że trójka, czwórka osób nie jest w stanie stworzyć stabilnej relacji.



Tyle tylko że tego rodzaju przekonanie nie poparte jest żadnymi faktami. To dogmat ideologiczny przekazywany z pokolenia na pokolenie, który trwa pomimo powszechnych przykładów zaprzeczających mu. Bo przecież nieformalne trójkąty, czworokąty są tak częste, że w gruncie rzeczy można je uznać za normalne. Ile małżeństw trwa latami, choć przynajmniej jeden z małżonków ma kochanka/kochankę na boku. Ba, w niektórych kulturach układ 2+1 jest uznawany za normę tak długo, jak jedno z tej trójki ma pozycję niższą. Świat nie ma nic przeciwko trójkątom jako takim. Chce tylko, by były one trzymane w tajemnicy, by wszyscy udawali, że nie istnieją.

Miałem nadzieję, że "We troje" Marcelo Briema Stamma poruszy ten temat. Niestety jedyne, co film sprawił, to zwiększył moje pragnienie obejrzenia obrazu, w którym naprawdę zostanie pokazane, jak we współczesnym świecie ludzie funkcjonują w pełnoprawnych trójkątach. "We troje" przez 2/3 opowiada o tym, jak trójka bohaterów dochodzi do tego, by tworzyć wspólnie związek. Scen życia razem jest niewiele i stanowią rozczarowujący zestaw banałów. Stammowi do szczęścia wystarcza to, że ruszył temat, że pokazał kilka stereotypowych sytuacji.

Dla mnie to jednak zdecydowanie za mało. Szczególnie w przypadku tego filmu, ponieważ polubiłem bohaterów. Są sympatyczni, wyraziści, nawet jeśli stanowią ożywione opisy znaków zodiaku. Naprawdę chciałem zobaczyć ich w scenach życia codziennego, a nie tylko w kilku romantycznych czy seksualnych sytuacjach.

Mimo jednak całej sympatii do aktorów i odgrywanych przez nich postaci, nie mogę uznać "We troje" za dobry film. A wszystko przez muzykę, która niestety stanowi bardzo istotny element dzieła Stamma. Jest bowiem w filmie wiele scen, w których niewiele się dzieje, w których nie ma dialogów, jest tylko obraz i muzyka właśnie. Albo coś, co za muzykę chce uchodzić. Jeszcze, kiedy z głośników leciało umpa-umpa niczym z wesela w wiejskiej remizie, to byłem to w stanie jakoś tolerować. Niestety często zamiast muzyki słyszałem jazgot, chaotyczną kakofonię, której po prostu nie dało się wytrzymać. Rzadko kiedy zdarza mi się podczas oglądania filmu korzystać z przycisku "mute". "We troje" to jeden z tych wyjątków.

Ocena: 5

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza