wtorek, 14 kwietnia 2020

Mektoub, my love: canto uno (2017)

Hubirs Kechiche'a nie zna granic. Reżyser zdecydowanie nie czuje się usatysfakcjonowany tym, że jest filmowcem. Teraz chce czegoś więcej - schwytać życie w kamerze i pokazać je na ekranie dokładnie takim, jakim ono jest, bez zniekształceń, bez skrótów. Chce być jak Bóg (sądząc po cytatach o światłości z Biblii i Koranu). Niestety skończył jak Lucyfer (Kechiche chyba zapomniał, że on też ma światło - lux - w imieniu).



Fabularnie "Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza" to przeciętniak: lato, młody chłopak wraca w rodzinne strony, spędza czas w gronie znajomych i nowopoznanych osób, jest świadkiem wakacyjnych romansów, wzlotów i upadków wielkich miłości. Sam jest trochę z boku. To alter ego reżysera - obserwuje, fotografuje, a czasami spędza czas w komfortowym otoczeniu kinowej klasyki.

To, co film różni od większości opowieści o wakacjach, to sposób prowadzenia narracji. U Kechiche'a wszystkie klisze są z gumy i reżyser testuje, jak bardzo może je rozciągnąć. Stąd każda scena, nie ważne jak prozaiczna i bez znaczenia, trwa i trwa tak długo, że czasami miałem ochotę modlić o jej zakończenie. Reżyser już w "Życiu Adeli" próbował tej sztuczki. Jednak dopiero tutaj dał upust swoim pragnieniom nieucinania scen. Czasami ta metoda dawała ciekawe rezultaty. Niestety częściej prowadziła do nużących, trwających kilkanaście minut dłużyzn.

Sądząc po górnolotnych cytatach, od których Kechiche zaczął film, marzyło mu się wielkie dzieło. Niestety zawiódł na całej linii. Nie udało mu się bowiem dokonać transformacji trywialnej historyjki w coś wielkiego. Nie schwytał również prawdy o życiu. Bo choć pokazał naturalny bieg ludzkich interakcji, to jednak to, na czym skupiała się kamera, co było w centrum uwagi reżysera, a co na obrzeżach, wyraźnie zniekształcało obraz. Kechiche ewidentnie skłaniał się ku cielesności i fizyczności szukając w nich iskier boskiej transcendencji, co prowadziło do scen o wątpliwej jakości estetycznej i pustych pod ładną warstewką wizualnych atrakcji.

Kechiche nie potrafił nawet wygrać nuty nostalgii (akcja filmu rozgrywa się w 1994 roku). Jedynie hity muzyczne z finałowej imprezy wzbudzają jakiś sentyment. Trudno jednak uznać to za zasługę reżysera. Te przeboje w każdym kontekście budziłyby podobną reakcję.

Oglądając pierwszą część cyklu "Mektoub" trudno jest mi odnaleźć reżysera, którym tak bardzo się zafascynowałem po "Czarnej Wenus". Nie mam też pewności, czy kiedykolwiek sięgnę po ciąg dalszy.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza