piątek, 1 maja 2020

Sweet Virginia (2017)

Lepsze jest wrogiem dobrego. Jeśli potrzebujecie dowodu na prawdziwość tego powiedzenia, to sięgnijcie po film "Sweet Virginia". To mogła być ciekawa opowieść o dwóch doświadczonych przez los mężczyznach i cienkiej granicy dzielącej wroga od przyjaciela. Niestety reżyser za dużo myślał, postanowił rozbudować obraz, nadać mu bardziej poważny, artystyczny charakter, przez co dokonał skutecznego sabotażu własnego dzieła.



Od pierwszych scen wszystko jest w tym filmie jasne. Widzimy, kto zabija trzech mężczyzn w barze, a kilka minut później, dlaczego tak się stało. Nie trzeba długo czekać, by zrozumieć, dlaczego taką strukturę ma opowieść. Reżyser sugeruje, że od zdarzeń ważniejsze są relacje między bohaterami, a w szczególności między mordercą a właścicielem lokalnego motelu. Obaj mężczyźni naznaczeni są przez los, między nimi pojawi się więź, która przy odrobinie chęci mogłaby się przerodzić w przyjaźń. Los jednak będzie miał dla nich inne plany, co mogło doprowadzić do interesującego finału.

Niestety reżyser swojego planu nie zrealizował. Bardziej zaprzątało go tworzenie ciekawych ujęć (na przykład śledzenie poczynań bohatera z tylnego siedzenia samochodu) lub też klimatycznych, "artystycznych" scenek, które mają budować portrety psychologiczne postaci (sny, scena seksu). Na zbudowanie relacji między dwójką głównych bohaterów nie starczyło już miejsca. Nie mówiąc już o istotnej dla ostatecznego kształtu historii sieci relacji z pobocznymi postaciami.

"Sweet Virginia" jest więc jak sito, przez które przepływa fabuła - zebrały się jedynie co większe kąski, reszta przeleciała i została bezpowrotnie utracona. Być może pewnym atutem byłyby kreacje aktorskie. Ale najlepiej wypadający na ekranie Abbott nie robi większego wrażenia, ponieważ podobnych ról ma już na koncie kilka. Najwyraźniej aktor zamierza się specjalizować w graniu osób wykraczających poza spektrum jednostek o normalnej osobowości.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza