poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Muere, monstruo, muere (2018)

Niedawno narzekałem na "Powstrzymać mrok". Jeśli chcecie się zorientować, jak według mnie tamten film powinien wyglądać, to sięgnijcie po "Mrzyj, monstrum, mrzyj".



Oba obrazy zostały zrealizowane według tego samego klucza. Oto jesteśmy na głębokiej prowincji. Dzieją się tam dziwne, trudne do racjonalnego wyjaśnienia rzeczy. W obu bohaterowie mają skłonność do wypowiadania tajemniczych zdań, zawierających sugestie do drugiego, sekretnego znaczenia. Co ciekawe, szerokiej publiczności bardziej spodobał się "Powstrzymać mrok" niż "Mrzyj, monstrum, mrzyj". Ponieważ ja mam odwrotnie, trochę mnie to smuci. Nie mogę jednak powiedzieć, by mnie to dziwiło.

Film Alejandro Fadela jest bowiem bardzo specyficzny i wymaga od odbiorcy cierpliwości oraz dużej tolerancji na intelektualne frustracje. Próba łączenia wszystkiego w racjonalnie rozgrywającą się historię spali na panewce, co rzecz jasna dla wielu osób skreśli film. Trzeba zaakceptować, że reżyser zabrał nas do krainy Id. Opowieść utrzymana jest w onirycznych klimatach, które mogą symulować rzeczywistość, ale nią wcale nie są. Stąd mają tu miejsce różne dziwaczne rzeczy, które trzeba po prostu przyjąć, poddać się im i nie analizować.

Choć w gruncie rzeczy analiza jest nie tylko możliwa, ale nawet prosta. Fadel zbudował bowiem swój film na psychoanalitycznej symbolice. I nie jest w jej wykorzystaniu zbyt wyrafinowany. Przeciwnie, "Mrzyj, monstrum, mrzyj" swój specyficzny klimat i kształt zawdzięcza skrajnie dosłownemu rozumieniu teorii psychoanalitycznych. Główne idee zostały po prostu zmaterializowane, czego efektem jest przedziwna opowieść o potworach. Ja to kupiłem.

Ocena: 7

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza